Recenzja: Watain „The Agony & Ecstasy Of Watain”

Niewielu kapelom powstałym u progu nowego tysiąclecia udaje się w miarę wiernie szerzyć stylistyczną spuściznę najważniejszych blackmetalowych hord z pierwszej połowy lat 90., a jednocześnie święcić jako takie sukcesy komercyjne wśród XXI-wiecznej publiki, coraz mniej przychylnej gatunkowej ortodoksji. Bastion okupują tytani drugiej fali, pokroju Mayhem, Marduk albo Satyricon, a młode pokolenie skłania się raczej ku przełamanym wariantom nurtu, wszelkiego rodzaju post-, atmo-, disso-, lub sludge-blackom. Szwedzki Watain (podobnie jak np. 1349) ma na tyle wyczucia w kwestii balansu między żelazną tradycją i bezkompromisowym stylem, a przebojowością i nowoczesnym gwiazdorstwem, że, mimo niewielkich potknięć, wciąż cieszy się relatywnym szacunkiem tak fanów starej szkoły, jak i nabijanej ćwiekami młodzieży…

Hate, Belphegor, I Am Morbid | Poznań 30-03-2022

Trochę ponad miesiąc temu wybrałem się do poznańskiego U Bazyla na koncert Davida Vincenta, który ostatnio, do spółki z Petem Sandovalem i pod przeformatowanym szyldem, ogrywa na żywo kultowe kawałki z repertuaru Morbid Angel. Zwykle z rezerwą podchodzę do podobnych auto-coverowych inicjatyw, ale że miasto dopiero wygrzebuje się z pandemicznej koncertowej posuchy, a poza tym skład imprezy uzupełniły dwie ze wszech miar zacne kapele, postanowiłem rozruszać kark i przypomnieć sobie jak komponują się bazylowe browary ze starym dobrym death metalem.

Recenzja: Sakis Tolis „Among The Fires Of Hell”

Rotting Christ najlepiej wchodzi mi we w miarę współczesnym wcieleniu. Dwa najświeższe krążki, a zwłaszcza The Heretics, rozczarowały mnie wprawdzie przerostem formy nad treścią i klepaniem w kółko tych samych aranżacyjnych patentów, ale jestem fanem wszystkiego co wydarzyło się pomiędzy Sanctus Diavolos, a Kata Ton Daimona Eyatoy, ze szczególnym wskazaniem Theogonii. Chwilowe malkontenctwo w stosunku do ostatnich dokonań Greków nie przeszkadza mi ich lubić, toteż z zaciekawieniem złapałem na bandcampie solowy album Sakisa Tolisa (dla kompletnie zielonych – gitarzysty i frontmana, który do spółki z bratem, Themisem, od początku przewodzi Gnijącemu Chrystusowi) i od dwóch tygodni go osłuchuję.

Recenzja: Amorphis „Halo”

Weterani klimatycznego metalu z Krainy Tysiąca Jezior powrócili w tym roku z nowym albumem, kontynuującym stylistyczną ścieżkę zapoczątkowaną na pierwszym krążku z Tomim Joutsenem za mikrofonem, czyli Eclipse, a doprowadzoną do obecnej formy na etapie mniej więcej Circle…

Recenzja: Zeal & Ardor „Zeal & Ardor”

Manuel Gagneux jest niewątpliwie jednym z najbardziej charakterystycznych młodych bohaterów współczesnej sceny ekstremalnej. Jego Zeal & Ardor w ciągu kilku lat wyewoluował z internetowego eksperymentu w pełnoprawny zespół, który budzi niemało emocji, i którego premiery stanowią spore wydarzenie wśród metalowej publiki. Na najnowszym albumie Szwajcar kontynuuje swoją opowieść o czarnoskórych niewolnikach zaprzedających dusze diabłu…

RECENZJA: VENOM PRISON „EREBOS”

Być może to kontrowersyjna opinia, ale odważniejsza zabawa melodią i testowanie gatunkowych granic wyszły Venom Prison na zdrowie. Nie poświęcając zanadto autentycznego jadu i wściekłości, Larissa Stupar z kolegami wykręcili przy okazji Erebos zestaw niesamowicie atrakcyjnych kawałków, które choć wciąż bezlitośnie kopią dupę, z powodzeniem zapuszczają się poza deathową niszę…

Burning Witches „The Witch Of The North”

Wiedźmy z Brugg pichcą dumny metal z pogranicza heavy i powera, z epickim, pogańskim zacięciem, mieszając w kotle wpływy z różnych zakątków sceny i dbając, by powstały w ten sposób wywar nie tylko pachniał heroicznym czynem, ale był odpowiednio gęsty, parzył gardła i wzbudzał żądzę krwi. Składniki tej mikstury – ciężka, siłowa praca garów, mięsiste riffy oraz zadziorny, nasuwający skojarzenia z Pierwszą Walkirią heavy metalu – Doro Pesch wokal, skutecznie uzmysławiają, że The Witch Of The North to nie jest niewieście granie dla ludzi o gołębim sercu, lecz bitewny zew wojowniczek z serca mroźnej dziczy.

Top 10 Płyt 2021

Covidowy rok numer 2 za nami. Cieszy mnie bardzo, że niezależnie od sytuacji na świecie, masa ludzi wciąż nagrywa zajebistą muzykę. Dzięki temu zdecydowanie nie można narzekać na brak świetnych premier, czy to ze strony niezależnych, podziemnych wykonawców, czy większych komercyjnych wyjadaczy. Moja playlista, zawierająca po jednym kawałku z każdej porządnie przesłuchanej, fajnej metalowej płyty z ostatnich 12 miesięcy, liczy obecnie około 70 pozycji, a i tak co najmniej parę rzeczy mi uciekło. Przy takiej ilości dobra, spokojnie byłbym w stanie rozszerzyć tę topkę dwukrotnie. Muszę też wspomnieć, że kilka pozycji, w tym na przykład nowe krążki Voices, Apsu, Dordeduh i Stormkeep, mogłoby załapać się do finału, gdyby nie to, że nie zdążyłem spędzić z nimi wystarczająco dużo czasu. Publikuję ten wpis ze sporym poślizgiem, między innymi właśnie dlatego, że chciałem paru albumów jeszcze porządnie posłuchać. Ostatecznie, mimo sporej kolejki kandydatów, postanowiłem, mierząc siły (czasowe) na zamiary i wytypować tradycyjnych dziesięciu wspaniałych. Jeśli ktoś zostanie pokrzywdzony, no cóż, może dostanie świetliste pięć gwiazdek w recenzji w nadchodzących miesiącach.

Recenzja: Wheel „Preserved In Time”

Epicki doom nie jest być może najgorętszym podgatunkiem metalu, ale zdecydowanie należy do ścisłej czołówki tych uniwersalnie szanowanych, niezależnie od czasów i mód. Grono świeżych zespołów robiących w jego obrębie naprawdę dobrą robotę rokrocznie się rozrasta, dumnie dzierżąc znicz zapalony ponad trzy dekady temu przez Candlemass, Solitude Aeturnus, Count Raven i im współczesnych. W tym roku do gwiazdozbioru młodych smutnych i ciężkich, do którego zaliczyłbym między innymi Pallbearer, Khemmis, King Goat, Crypt Sermon czy Below, dołączają Niemcy z Wheel, a to za sprawą fantastycznego, trzeciego już albumu: Preserved In Time.

Recenzja: Fear Factory „Aggression Continuum”

Lata dwutysięczne upłynęły Fear Factory pod znakiem rozpadów, reunionów, roszad na liście płac oraz burzliwych sporów sądowych. No cóż, biznes to biznes. już dawno Dino mówił w wywiadach, że dla dobra zespołu on i Burton muszą przepracowywać różne ciężkie kryzysy i generalnie nie jest im łatwo. Taki los wielu kapel, nie tylko Fabryki Strachu, ale akurat ten skład leży blisko mojego serca odkąd zacząłem słuchać metalu, trochę żałuję więc, że gdzieś w okolicach Digimortal entropia na dobre wbiła w nich pazury i wszystko zaczęło im się psuć, prowadząc do dzisiejszego, definitywnego (jeśli wierzy

Dopelord, Belzebong | Poznań 15-08-2021

Parę dni temu, po dwóch latach przerwy, miałem wreszcie okazję ponownie skatować uszy żywą muzyką, a zapewnili mi ją panowie z Lasu Trumien, Dopelorda i Belzebonga, w ramach imprezy z cyklu Lato w Plenerze w poznańskiej Tamie. Częściowo właśnie za sprawą koncertowego głodu, a częściowo dlatego, że ostatni Dopelord był zajebiście dobry, niezmiernie cieszyłem się na to wydarzenie. Byłem też ciekaw, jak wypadną na deskach niedawni Leśni debiutanci, z ich podanym bez zbędnych ozdobników, polskojęzycznym sludge doomem.

Recenzja: Helloween „Helloween”

20 lat temu Helloween był dla mnie bardzo ważnym zespołem. Nie tak topowym wprawdzie, jak ich rodacy z Blind Guardian, ale Keeper Of The Seven Keys Vol. 1, Time Of The Oath, Better Than Raw, Rabbit Don’t Come Easy, a na pierwszym miejscu The Dark Ride… Tak, te płyty kręciły się u mnie na potęgę. Z wiekiem jadłospis mi się zmienił, a i same Dynie przestały wydawać interesujący materiał. Autentyczna iskra gdzieś się ulotniła i mimo, że żaden z ich nowszych albumów nie poniósł jakiejś spektakularnej artystycznej klęski, niczemu co wydali po roku 2003, z ewentualnym wyjątkiem Gambling With The Devil, nie udało się podbić mojego serca, ani nawet przykuć na dłużej uwagi. Nowy album to jednak zupełnie nowe okoliczności. Czy na stare lata Dyniogłowi mają jeszcze szansę zabłysnąć?

Recenzja: Gojira „Fortitude”

Pamiętam jak pierwszy raz usłyszałem Gojirę, przy okazji premiery From Mars To Sirius. Co to był za krążek! Gdzieś tam jeszcze plątały się deathowe konotacje z wczesnych lat ich działalności, ale to wszechobecny tłusty groove i kosmicznie monumentalne, wielorybio ciężkie, a jednocześnie technicznie zakręcone riffy, podane w progresywnych aranżacjach, determinowały jakość ich muzyki i windowały ją wysoko ponad głowy konkurencji. Wszyscy wiedzą, jak kariera Francuzów rozwinęła się od tamtego czasu i jak gwiazdorskiego (w skali sceny) statusu się dorobili…

Recenzja: Humanity’s Last Breath „Välde”

Patrząc na doniesienia medialne o ogólnej kondycji świata i cywilizacji, można stwierdzić, że Humanity’s Last Breath to adekwatna do czasów nazwa kapeli. Z drugiej strony, słuchając muzyki szwedzkich deathcore’owców, faktycznie łatwo zwizualizować sobie ostatnie tchnienie ludzkości. I nie jest to ładny widok – kończymy jak T-800 w pierwszym Terminatorze: czołgający się, miażdżeni przez prasę hydrauliczną, migający w agonii ostatnim czerwonym okiem. Tak właśnie brzmi Välde – jak przemysłowa apokalipsa przy wyciu syren i gruchoczących kości ciosach nieugiętej maszynerii.