Burning Witches „The Witch Of The North”

Gatunek: power / heavy metal
Rok: 2021

Jakoś tak się złożyło, że przez większą część ubiegłego roku moja metalowa ramówka składała się z muzyki dość nieprzystępnej. W poszukiwaniu wyzwania przebijałem się z uporem przez pokręcone dzieła Altarage, Succumb, Ad Nauseam, StarGazer i szeregu innych podziemnych niepokornych, aż w okolicach grudnia mój organizm zaczął się domagać łatwiejszych przyjemności. Zauważyłem z pewnym zaskoczeniem, że znów zadowalają mnie rzeczy prostsze i przyjaźniejsze, co zresztą zaowocowało choćby zamieszczeniem wśród najlepszych płyt 2021 świeżego krążka Volbeat. Inną pozycją, po którą zupełnym przypadkiem sięgnąłem (czytaj – zgarnąłem ją ze sklepowej półki po pobieżnym spojrzeniu na internetowe opinie) jest właśnie The Witch Of The North, autorstwa złożonego z samych dziewczyn szwajcarskiego kwintetu Burning Witches.

Wiedźmy z Brugg pichcą dumny metal z pogranicza heavy i powera, z epickim, pogańskim zacięciem, mieszając w kotle wpływy z różnych zakątków sceny i dbając, by powstały w ten sposób wywar nie tylko pachniał heroicznym czynem, ale był odpowiednio gęsty, parzył gardła i wzbudzał żądzę krwi. Składniki tej mikstury – ciężka, siłowa praca garów, mięsiste riffy oraz zadziorny, nasuwający skojarzenia z Pierwszą Walkirią heavy metalu – Doro Pesch wokal, skutecznie uzmysławiają, że The Witch Of The North to nie jest niewieście granie dla ludzi o gołębim sercu, lecz bitewny zew wojowniczek z serca mroźnej dziczy. 

Źródło: http://www.burningwitches.ch

Jak na heavy metal przystało, jednymi z głównych atrakcji albumu są chwytliwe, dające energetycznego kopa melodie, wielkie refreny i wokalne haczyki wszelkiej maści. Dzierżąca mikrofon Laura Guldemond więcej niż staje w tym zakresie na wysokości zadania. Jej linie, w większości klasycznie powerowych segmentów piosenek, to czyste złoto. Ewidentnie świetnie czuje się w epickiej skali bohaterskiej pieśni, a jednocześnie posiada charyzmę prawdziwego wodza barbarzyńców, wystarczającą, by porwać zastępy do zaciekłej obrony sanktuarium Freyi. Żeby nie było za przyjemnie, wystarczy chwila, by jej gładki, kobiecy głos odsłonił pazury, albo wręcz przeobraził się w jadowity skrzek, jakiego nie powstydziłby się Rob Halford w Painkillerze. To jej oblicze, nawet jeśli nie zawsze w stu procentach trafia w moje gusta, dobrze wpisuje się w przyjemnie ciężką robotę instrumentalną reszty ekipy i nadaje materiałowi mnóstwo charakteru. Najbardziej jaskrawy przejaw ciemnej strony osobowości Frau Guldemond stanowi The Circle Of Five, ale podobne wycieczki zdarzają jej się w wielu kawałkach na liście. Z innej beczki, w głównie balladowym Lady Of The Woods dostajemy od niej ciepły, folkujacy śpiew i jest to mile widziana odmiana od zwyczajowego wymachiwania toporem, nawet jeśli gościnny tenor w tle oraz banalnie bujająca melodia refrenu popychają ten kawałek nieco zbyt blisko granicy akceptowalnego kiczu.

Pisałem wyżej, że na The Witch Of The North znaleźć można wpływy różnych stylistyk i faktycznie, choć trzonem kompozycji pozostaje rasowy heavy i power metal, dziewczyny bardzo chętnie sięgają po środki z cięższego końca spektrum. W zwrotkach Nine Worlds atakują iście Amon Amarthowskim riffowaniem, w Dragon’s Dream sieją gęste thrashowe shredy, w refrenach Thrall serwują natomiast staroszkolne, gangowe pokrzykiwania. Z innej beczki, zdarzają im się całkiem fajne ukłony w kierunku klasyki – choćby na wskroś NWOBHM-owe wioślarstwo For Eternity oraz, na deser, kozacki cover genialnego Hall Of The Mountain King z repertuaru Savatage. Ta różnorodność powoduje, że materiał na The Witch Of The North, mimo że ryzykownie obszerny, nie nuży. Słuchając go po raz pierwszy, po każdym numerze zastanawiałem się z zaciekawieniem, co też Szwajcarki rzucą na stół w następnej kolejności, i muszę powiedzieć, że nie zostałem rozczarowany. Jednocześnie udało im się uniknąć ewentualnej niespójności, bo cokolwiek by się nie działo, album trzyma w stylistycznych ryzach wszechobecne spoiwo szybującego power metalu i co rusz dający o sobie znać dziki temperament jego autorek.

Żeby nie było za wesoło, Burning Witches zaliczają kilka piosenkopisarskich wpadek. Niektóre fragmenty The Witch Of The North wypadają zbyt siermiężnie, nawet jak na gatunek nie słynący przecież z przesadnego wysmakowania. Wspomniałem wcześniej o banalnych melodyjkach w Lady Of The Woods, ale trochę drażnią mnie też toporne, okraszone komicznym skrzekiem wokalistki zwrotki najostrzejszego numeru w stawce – The Circle Of Five, czy obowiązkowy, sztampowy hymn do metalu w postaci We Stand As One. Są to jednak zaledwie punktowe mankamenty, z powodzeniem zrównoważone masą solidnego łojenia, ułożonego w wybornie efektywne metalowe hity. Dzięki imponującemu rachunkowi trafionych ciosów, po wielu przesłuchaniach, The Witch Of The North wciąż potrafi sprawić mi zaskakująco dużo radości. Jestem przekonany, że niejeden sympatyk epickiego, bitewnego łojenia, przy akompaniamencie Tainted Ritual, Nine Worlds albo Dragon’s Dream, z radością rzuciłby się w wir rabowania, palenia i gwałcenia, ku chwale pogańskich bogiń z północy.

Werdykt: 4/5

2 Comments

  1. Rok temu recenzowałeś Megaton Sword i tamta płyta długo kręciła się wokół mnie, ale bynajmniej nie w okolicznościach ,,palenia i gwałcenia,, tylko wyrabiania ciasta na pizzę ( ha ha ! ). Z Burning Witches może być podobnie, ale na razie na tej pozycji znajduje się Durbin i jego The Beast Awakens, podobna stylistycznie do MS czy BW tylko zagrana z większą lekkością i polotem.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s