Recenzja: Fear Factory „Aggression Continuum”

Lata dwutysięczne upłynęły Fear Factory pod znakiem rozpadów, reunionów, roszad na liście płac oraz burzliwych sporów sądowych. No cóż, biznes to biznes. już dawno Dino mówił w wywiadach, że dla dobra zespołu on i Burton muszą przepracowywać różne ciężkie kryzysy i generalnie nie jest im łatwo. Taki los wielu kapel, nie tylko Fabryki Strachu, ale akurat ten skład leży blisko mojego serca odkąd zacząłem słuchać metalu, trochę żałuję więc, że gdzieś w okolicach Digimortal entropia na dobre wbiła w nich pazury i wszystko zaczęło im się psuć, prowadząc do dzisiejszego, definitywnego (jeśli wierzy

Recenzja: Gojira „Fortitude”

Pamiętam jak pierwszy raz usłyszałem Gojirę, przy okazji premiery From Mars To Sirius. Co to był za krążek! Gdzieś tam jeszcze plątały się deathowe konotacje z wczesnych lat ich działalności, ale to wszechobecny tłusty groove i kosmicznie monumentalne, wielorybio ciężkie, a jednocześnie technicznie zakręcone riffy, podane w progresywnych aranżacjach, determinowały jakość ich muzyki i windowały ją wysoko ponad głowy konkurencji. Wszyscy wiedzą, jak kariera Francuzów rozwinęła się od tamtego czasu i jak gwiazdorskiego (w skali sceny) statusu się dorobili…

Recenzja: Killer Be Killed „Reluctant Hero”

Po kilkuletniej przerwie supergrupa, którą tworzą Troy Sanders (ok, na wszelki wypadek napiszę: z Mastodona), Greg Puciato (jw.: ex- Dillinger Escape Plan), Ben Koller (Converge) i Max Cavalera (kurna, z The Beatles) powróciła z nowym albumem. Muszę powiedzieć, że premiera ta była dla mnie pewnym zaskoczeniem. Projekt stanowi bowiem zderzenie tak autonomicznych muzycznych osobowości, że wydawało mi się nieprawdopodobne, by miał on szansę przerodzić się w tradycyjnie funkcjonujący zespół. Z tego jednak, co mówią sami zainteresowani wynika, że za sprawą powstałej między nimi zażyłości, Killer Be Killed wyewoluował w pełnoprawny artystyczny byt. Należy się więc spodziewać, że wydanie na świat Reluctant Hero nie jest ich ostatnim słowem.

Ikony: Fear Factory „Demanufacture”

Każdy, kto tak jak ja, około roku 1998 był nastoletnim maniakiem gier komputerowych, pamięta prawdopodobnie widok uzbrojonego w ogromne wiertło monster trucka, wyłaniającego się z mroku w akompaniamencie monumentalnych dźwięków, przypominających OST do Terminatora. Wspomniany obraz to oczywiście intro do kultowego Carmageddona, a towarzysząca mu piosenka to Zero Signal – jeden z najbardziej rozpoznawalnych hymnów Fear Factory, a jednocześnie moja brama do świata „naprawdę” ciężkiego grania… a w każdym razie cięższego niż Korn i The Offspring.

W Kolejce Do Grania… Vol. 4

Po bardzo mocnym wydawniczym początku roku, na horyzoncie zaczyna majaczyć letni sezon ogórkowy – tym bardziej bolesny, że w obecnej sytuacji możemy zapomnieć o wszelkich festiwalach i imprezach. Niemniej, dużo fajnych premier wielkimi krokami zmierza w naszą stronę, a ja ponownie przedstawiam kilka piosenek z krążków, na które osobiście ostrzę sobie zęby.

Recenzja: Maxdmyz „Anatomy Of Power”

Ciąg wrażeń towarzyszących obcowaniu z muzyką Londyńskiego Maxdmyz jest doprawdy zaskakujący. Pierwsze spojrzenie na miksującą Leonarda Da Vinci z H.R. Gigerem okładkę sugeruje zawartość z okolic Fear Factory, lub – z naszego podwórka – Thy Disease. Wbrew tym prognozom, po odpaleniu pierwszego kawałka dostajemy na twarz muskularne, tradycyjne riffowanie, posadowione na ciężkiej podwalinie garów i grzmiącego basu, nasuwające momentalnie skojarzenia z ostatnimi płytami thrashowych legend – Anthrax i Flotsam & Jetsam, albo amerykańskim heavy metalem w stylu Helstar, a na deser klasyczne, bardzo ładne zresztą, solo…

Recenzja: Stoned God „Incorporeal”

Przyznam się bez bicia – w przypadku Stoned God poleciałem na okładkę. Kiedy mignęła mi w sieci na jakimś banerze, moją uwagę przykuła arktyczna kolorystyka i efektowna, podobna do Shivy postać, rozpadająca się w gęsty dym, o twarzy zasłoniętej kosmiczną maską. Zważywszy na nazwę zespołu spodziewałem się jednak szeregowego stonera, a więc muzyki, przy której rzadko zostaję na dłużej. Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu okazało się, że Niemcy nie parają się zjaranym rockiem o pustyni, a technicznym deathem, z tłustymi groovami á la Dyscarnate, i wyczuwalną domieszką gniotącego sludge’owego klimatu.