Top 10 Płyt 2021

Covidowy rok numer 2 za nami. Cieszy mnie bardzo, że niezależnie od sytuacji na świecie, masa ludzi wciąż nagrywa zajebistą muzykę. Dzięki temu zdecydowanie nie można narzekać na brak świetnych premier, czy to ze strony niezależnych, podziemnych wykonawców, czy większych komercyjnych wyjadaczy. Moja playlista, zawierająca po jednym kawałku z każdej porządnie przesłuchanej, fajnej metalowej płyty z ostatnich 12 miesięcy, liczy obecnie około 70 pozycji, a i tak co najmniej parę rzeczy mi uciekło. Przy takiej ilości dobra, spokojnie byłbym w stanie rozszerzyć tę topkę dwukrotnie. Muszę też wspomnieć, że kilka pozycji, w tym na przykład nowe krążki Voices, Apsu, Dordeduh i Stormkeep, mogłoby załapać się do finału, gdyby nie to, że nie zdążyłem spędzić z nimi wystarczająco dużo czasu. Publikuję ten wpis ze sporym poślizgiem, między innymi właśnie dlatego, że chciałem jeszcze kilka albumów dosłuchać. Ostatecznie, mimo sporej kolejki kandydatów, postanowiłem, mierząc siły (czasowe) na zamiary, wytypować tradycyjnych dziesięciu wspaniałych. Jeśli ktoś zostanie pokrzywdzony, no cóż, może dostanie świetliste pięć gwiazdek w recenzji w nadchodzących miesiącach.

Dla odmiany, w kwestii koncertowej, choć w ciepłych miesiącach było zasadniczo lepiej niż w 2020, wciąż mieliśmy do czynienia z katastrofą. Chyba jedyna jasna strona tej beznadziejnej sytuacji, jaką odnotowałem, to fakt, że każda z trzech imprez, w których miałem okazję wziąć udział, cieszyła mnie bardziej niż miałoby to miejsce w gęściej wypełnionym atrakcjami roku. Dopelord rozbujał mnie bezprzykładnie po wielu miesiącach posuchy, In Twilight’s Embrace zamietli mną podłogę nie gorzej niż jakakolwiek sławna blackowa horda, natomiast show Dvne pod poznańską Minogą, niespodziewanie, okazał się jednym z najlepszych, najbardziej energetycznych klubowych gigów, na jakich byłem w życiu. Ogólnie odnoszę też wrażenie, że przy przerzedzonym grafiku koncertowym zagranicznych gwiazd, lokalna scena otrzymuje więcej zasłużonej uwagi i miłości – niech i to będzie jakimś pocieszeniem. Moja największa nadzieja na bieżący rok wiąże się właśnie z muzyką na żywo – trzymam kciuki za organizatorów i mam nieśmiałą nadzieję, że oprócz innych planów, będę mógł wreszcie zrealizować zalegający w szufladzie od dwóch lat karnet na Mystic Festival.

Co do samego bloga, mniej więcej w połowie roku intensywność pracy zawodowej wyssała ze mnie sporą część weny do kreatywnego pisania i doprowadziła do karygodnego spadku liczby publikowanych postów. W najbliższych miesiącach nie zanosi się w tym względzie na radykalne zmiany, przypuszczam więc, że Irkalla będzie sobie działać powoli i zobaczymy jak się sytuacja rozwinie. Cieszy mnie natomiast niezmiernie fakt, że pod postami regularnie, nawet jeśli nie bardzo często, pojawiają się komentarze czytelników (w przypadku recenzji ostatniego krążka Helloween rozwinęło się nawet coś na kształt dyskusji – stara gwardia to jednak stara gwardia!). Wygląda na to, że mimo mojej słabej aktywności, ktoś, poza botami googla, te teksty czyta, co z kolei oznacza, że nawet jeśli blog będzie przez jakiś czas trochę senny, odłączenie od aparatury raczej nie wchodzi w grę. I w nowym roku wciąż będziemy się widywać.

A tymczasem, otwierając sezon, zapraszam do lektury właściwego podsumowania:

10. IotunnAccess All Worlds

Debiutancki długograj Iotunn, z jego zmyślnym połączeniem melodeathu i progresji, to jedno z najbardziej kompletnych i wyjątkowych ubiegłorocznych wydawnictw. Szwedzi doskonale łączą progresywne ambicje kompozytorskie, techniczną wirtuozerię i umiejętność pisania chwytliwych numerów. Dzięki charakterystycznemu, przestrzennemu brzmieniu, ścigającym się, dynamicznie zmieniającym tempo wątkom instrumentalnym i epickiej wokalnej narracji, słuchając Access All Worlds można, zgodnie z jego konceptem, poczuć się jak na pokładzie gwiezdnego myśliwca, ślizgającego się po orbitach planet, odkrywającego nieznane mgławice, tudzież przebijającego się przez roje meteorytów i wymieniającego ogień z obcymi flotami. Mimo tego, że Iotunn to młoda ekipa, pośród panującego w nowoczesnym ciężkim graniu synkretyzmu, ich muzyka posiada przyjemnie znajomą, staroszkolną duszę, pachnącą klasykami w stylu Edge of Sanity, Hypocrisy, czy Arcturus. Za jej sprawą osoby wychowane, tak jak ja, na metalu przełomu wieków, mogą poczuć się na Access All Worlds jak w domu. Pełna recenzja albumu tutaj.

9. VolbeatServant Of The Mind

Zabawna sprawa z tym Volbeatem. Chłopaki nieświadomie wypracowali wzorzec wydawniczy polegający na tym, że wypuszczają płyty dobre i słabe naprzemiennie, w proporcjach jeden do jednego. I tak oto, podobnie jak miało to miejsce w przypadku sekwencji Outlaw Gentlemen… i Seal The Deal…, po rozczarowaniu w postaci Rewind, Replay, Rebound, udało im się powrócić do moich łask za sprawą Servant Of The Mind. Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się takiego obrotu wypadków i najświeższy album Duńczyków załapał się do tego zestawienia dosłownie w ostatniej chwili. Jeszcze na początku grudnia nie planowałem nawet dawać mu szansy. Ostatecznie jednak, zrządzeniem jakiegoś kaprysu, zakręcił się w moim samochodowym odtwarzaczu, zażarł, a niedługo później złapałem się na śpiewaniu Shotgun Blues, Devil Rages On, Becoming i innych razem z Poulsenem. W odróżnieniu od knajpianego poprzednika, Servant dopakowany został porcją metalowej mocy, której nośnikiem są w dużej mierze muskularne riffy z okolic czarnej Metalliki oraz nieco bardziej “epicka” struktura i tonacja utworów. Właśnie ta korekta kursu sprawiła, że bez pudła trafił w odpowiednią odnogę moich muzycznych potrzeb. Oczywiście nadal jest tu masa przaśnej, rock’n’rollowej zabawy, ale przecież właśnie o to w muzyce Volbeat chodzi. Tyle, że ich największą siłą i wyróżnikiem zawsze był trafiony balans pomiędzy wielbieniem Elvisa i porządnym hard rockowym łomotem. Na najnowszym krążku został on w pełni osiągnięty.

8. Impure WilhelminaAntidote

Poprzedni album Impure Wilhelmina, który wstrzelił ich w łaski międzynarodowej publiki, zrobił na mnie wprawdzie dobre wrażenie, ale piosenki jakoś nie do końca siadły. Antidote, z szeregiem zdołowanych hitów takich jak Midlife Hollow, Gravel, Dismantling czy Unpredicted Skies, kupuję w całości i nie proszę o resztę. To co mi się naprawdę podoba w muzyce Szwajcarów, to fakt, że balansując zwyczajowo na pograniczu metalu i rocka koncentrują się na gitarowo perkusyjnym hałasie, bez nadmiaru ozdobników i rozcieńczeń, a szczodrze serwowane przez nich melodie, choć nieodparcie chwytliwe, skutecznie unikają popadnięcia w popowy banał. Jako fan Katatonii z okolic Viva Emptiness i The Great Cold Distance, w ciągu kilku ostatnich miesięcy zdzierałem krążek Wilhelminy z ogromną przyjemnością.

7. Employed To ServeConquering

W zeszłym roku mieliśmy Underneath od Code Orange, w tym natomiast, żeby nie tęsknić zbytnio za napakowanym adrenaliną, kofeiną, koksem, czy co tam kto lubi deathcorem, dostaliśmy na twarz Conquering, autorstwa Employed To Serve. Taka muzyka potrzebuje autentycznego wkurwu i energii, których ekipa z Woking ma na zbyciu całe wiadra i pod tym względem deklasuje sporą część starszej konkurencji. Entuzjazm to jednak nie wszystko. Nie byłoby tego krążka na tej liście, gdyby nie imponujący wachlarz morderczo skutecznych riffów i groove’ów, rozmieszczone z czuciem haczyki zapewniające dokładnie tyle przebojowości ile potrzeba, wystarczające zróżnicowanie pomysłów kompozycyjnych, by zapobiec zlaniu się całości w monotonną młóckę, oraz wreszcie charyzma dająca poczucie że Justine Jones i jej kolegom serio lepiej schodzić z drogi. Trudno znaleźć wśród ubiegłorocznych wydawnictw lepszą ścieżkę dźwiękową do wściekłego koncertowego młyna lub radosnej dewastacji mienia we własnym zakresie.

6. Humanity’s Last BreathVälde

Na Välde nie ma chwytliwych piosenek, ani ładnych melodii. Jest za to potęga sugestywnej wizji totalnej zagłady, malowanej przez niesamowicie zaaranżowany djentowo-deathcore’owy łomot i choć zasadniczo nie jestem fanem stylistyki, w której porusza Humanity’s Last Breath, to uległem nieodpartemu magnetyzmowi ich bezlitosnego, odczłowieczonego i czarnego jak sadza naporu. Zeszłoroczny album Szwedów z jednej strony z zapamiętaniem, nieustępliwie wbija słuchaczy w glebę matematycznie wykalkulowanymi ciosami rytmicznego kafara, z drugiej rozpościera nad nimi fascynujące powykręcane riffy i gitarowe plamy z najgłębszych czeluści wyobraźni. Nieczęsto wracam do Välde, bo ciężka to muza i nie na każdą okazję, ale gdy już po nią sięgam, nieodmiennie jestem pod ogromnym wrażeniem. Pełna recenzja tutaj.

5. SoenImperial

Pamiętam jak po premierze Imperial (a dokładnie tutaj) pisałem, że niekoniecznie potrzebowałem nowej muzyki od ekipy Martina Lopeza. To prawda – w tamtym momencie miałem jeszcze na świeżo w głowie świetnego Lotusa i byłem Soenowym progiem wystarczająco nasycony, toteż nowy krążek nie chwycił tak, jakbym oczekiwał. Ostatecznie, z biegiem czasu, wskoczył jednak na swoje miejsce. Szwedzi, poruszając się w obrębie sprawdzonej palety środków, odpuszczają tu nieco na progresywnym polu, stawiając w zamian na bezpośredniość i więcej piosenkowego pazura. Co zaś najważniejsze, udało im się zebrać arsenał idealnie skrojonych, wbijających się w łeb rockowych hitów – czy to wysokoenergetycznych petard takich jak Monarch, Deceiver lub Antagonist, czy też spokojniejszych, lecz nie mniej efektownych Modesty, Fortune, a wreszcie Illusion. Tym samym, z perspektywy kilku miesięcy słuchania śmiem twierdzić, że nawet jeśli Imperial nie stanowi najlepszej opcji dla fanów czystej wody proga, to jest to bodaj najrówniejszy i całościowo najefektywniejszy krążek w dotychczasowej dyskografii Soen.

4. Møl Diorama

Jeśli chodzi o blackgaze’owe granie, które metalowych wiarusów przyprawia o palpitację serca, miniony rok przyniósł nam wspaniały album z krainy klocków Lego. Stylistycznie Møl zawdzięcza mnóstwo Deafheaven, od ogólnego świetlistego nastroju, po melodyjne wioślarskie zagrywki i charakterystyczny wysoki tembr rozwrzeszczanych wokali. Dioramy słucha mi się jednak lepiej niż czegokolwiek z dyskografii autorów Sunbathera. Po pierwsze dlatego, że Belgowie minimalizują obecność charakterystycznego dla gatunku nastrojowego błądzenia i oferują skoncentrowany, iskrzący ekstatyczną energią wpierdol, a ich numery są relatywnie zwięzłe i wybornie efektywne. Po drugie zaś, ponieważ za sprawą wplecionych w okołoblackową jazdę fantastycznych gitarowych melodii (między innymi Vestige, Photophobic) i wokalnych urozmaiceń (choćby Itinerari) ich muzyka wpada w ucho i zostaje tam na dobre. 

3. KauanIce Fleet

Ice Fleet to najpiękniejszy premierowy kawałek muzyki, jaki słyszałem w ubiegłym roku. Arktyczne pejzaże malowane przez Kauan niesamowicie działają na wyobraźnię – dosłownie przenoszą mnie na skute lodem pustkowia, gdzie majaczą sylwetki zapomnianych tytułowych okrętów. Taki łagodny post-rock, w którym na dodatek wokalnej narracji jest jak na lekarstwo, zazwyczaj raczej mnie nudzi. Rosjanie, kunsztownie operując gęstością dźwiękowej materii i szczodrze serwując zapadające w pamięć aranżacje, zadbali jednak o to, aby od pierwszych piknięć sonaru w Taistelu do ostatnich linii lodowatego, skrzącego niczym zorza polarna śpiewu w Hauta, podróż przez Ice Fleet pozostawała absolutnie hipnotyzującym i poruszającym doświadczeniem.

2. WheelPreserved In Time

Nie ma podsumowania roku bez dobrego dooma. Tym razem jednym z murowanych kandydatów do czołówki, praktycznie już w dniu premiery, został Preserved In Time. Ostatnio, po kilku miesiącach przerwy, wróciłem do zawartych na nim numerów, by przekonać się, że ich słuchanie wciąż sprawia mi ogromną radochę (czemu wyraz dałem w niedawnej recenzji). Wheel hołduje najlepszym epicko-doomowym tradycjom spod znaku Solitude Aeturnus i Candlemass, ale te klasyczne inspiracje ubiera w zróżnicowane, dynamiczne kompozycje, które brzmią świeżo i świetnie wpisują się we współczesny krajobraz gatunku. Przede wszystkim jednak, za sprawą ciężaru gitarowych riffów, wspaniałych melodii i charyzmy wokalisty szarpią wszystkie właściwe struny w sercu i na stałe wbijają się w łepetynę.

1 Dread SovereignAlchemical Warfare

Po niezbyt udanych dwóch pierwszych krążkach, najnowsze wydawnictwo Dread Sovereign odpalałem z nadzieją, że może tym razem Irlandczycy dali radę wyprodukować killera, na jakiego od początku niewątpliwie było ich stać. Z radością mogę powiedzieć: do trzech razy sztuka! Tworząc Alchemical Warfare panowie wreszcie trafili w dychę! Oczywiście, nadal pozwalają sobie na nieco przeciągnięte sesje kąpielowe w opiumowym bagienku, ale pomiędzy tymi odjazdami znajduje się komplet zajebistych metalowych kwałków, od szatańskiego heavy w She Wolves Of The Savage Season, Nature Is The Devil’s Church i Devil’s Bane, przez natchniony, epicki doom The Great Beast We Serve, po seksowny, okult-stoner Her Master’s Voice. Numer za numerem ocieka stylem i miłością do klasyki diabelskiego grania, a oszczędne instrumentarium i naturalne brzmienie pozwalają cieszyć się każdym riffem, każdym grzmiącym liźnięciem basu i każdą partią niepodrabialnego śpiewu Alana Averilla, który, jak zwykle, niczym natchniony kapłan apokalipsy, angażując się bez reszty w kolejne frazy, trzyma gromadę wiernych za twarz. Tak właśnie wyjadacze uczą młodzież jak prawidłowo czcić rogatego! Pełna recenzja tutaj.

2 Comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s